Po II wojnie światowej moim rodzicom i krewnym początkowo trudno było uwierzyć w to,
że "wyzwoliciele" zza wschodniej granicy pozostawili w Polsce swoje wojska i „udzielają się” w polskiej państwowej i terenowej administracji.
Dla ludzi chcących żyć zwyczajnie tzn. uczciwie, jedyną bronią jaką mogli wtedy zastosować była tzw.podwójna moralność - co innego myśleć, co innego mówić, albo po prostu milczeć. Byli bohaterami ci, którzy sprzeciwiali się głośno rządom komunistycznym: narażali się władzy i tracili zdrowie, życie i wszelkie prawa publiczne.
Miałam 7-8 lat, kiedy w kolejce podmiejskiej przesylabizowałam koślawo wyryte
na ścianie słowo Katyń. Zapytałam, co to oznacza i zostałam ostro skarcona przez babcię, że jest to straszne słowo i nie wolno go wymawiać.
Nie wiedziałam wtedy, że Syberia to też dla naszej rodziny tragiczne słowo.
Jako dzieci nie rozumieliśmy, dlaczego ludzie rozmawiający swobodnie w kolejce
pod sklepem milkną nagle, albo zaczynają mówić szeptem. Okazywało się , że stanął
w pobliżu nielubiany sąsiad, albo kolega z pracy, który jest „po ich (komuny) stronie”.
Z biegiem lat sąsiedzi stawali się coraz bardziej wobec siebie nieufni, a na ulicach mało było uśmiechniętych twarzy, które pamiętałam z okresu wczesnego dzieciństwa.
Mieszkaliśmy w domu skomunalizowanym przez powojenną "władzę" . Dawni właściciele jako „wrogowie ludu”zostali bez dachu nad głową, przygarnęła ich rodzina w Warszawie. Pamiętam, że mój ojciec bardzo dbał o stan techniczny domu na wypadek, że zostanie on zwrócony prawowitym właścicielom. Początkowo rodzice posyłali im czynsz za mieszkanie, ale potem trzeba go było wpłacać do kasy Rady Narodowej.
Nasi rodzice pracowali, a my po lekcjach spędzaliśmy czas na pracach domowych (sprzątanie, zmywanie, przynoszenie opału z komórki na podwórku) oraz na codziennym żmudnym odrabianiu lekcji, nauce ładnego pisania (ale już nie kaligrafii, jak przed wojną)
i nauce tabliczki mnożenia.
Jedynym dniem wolnym od pracy i szkoły, zgodnie ze swoją nazwą , była niedziela (nie działać - jak pouczali księża w kościele).
Rodzice pilnowali, aby nasze oceny w szkole były zawsze pozytywne, nie było mowy
o opuszczaniu lekcji z powodu jakiejś lekkiej chrypki. Mieliśmy mało wolnego czasu i nasze podwórkowe zabawy były pełne bieganiny i krzyków, co starsze osoby z sąsiedztwa bardzo tępiły.
Wciąż z ust mojej babci i innych dorosłych słyszeliśmy zwrot „przed wojną” - przed wojną wszędzie było czysto, wszyscy ubierali się i zachowywali elegancko. Nie pochwalała powojennego „zdziczenia obyczajów” - nie aprobowała zachowania dzieci i dorosłych, ubierania się, słownictwa, a winne były temu, wg.niej, pracujące kobiety
i system, który je do tego zmuszał. Przed wojną każdy pracujący ojciec był w stanie
sam utrzymać swoją rodzinę. Chyba, że nie miał kwalifikacji zawodowych i nie był w stanie znaleźć pracy.
Z mego wczesnego dzieciństwa zapamiętałam, że każdy dorosły (swój i obcy) mógł ostro pouczać młodych, że należy się grzeczniej zachowywać(co dziś jest nie do pomyślenia).
„Nie wypadało” chodzić z rękoma w kieszeniach , jeść cokolwiek na ulicy, iść z prawej strony kobiety, nie zdjąć czapki na „dzień dobry”. Nawet palenie przez dorosłego papierosa na ulicy, dawało mu opinię człowieka źle wychowanego.
W naszym domu na widocznym miejscu wisiał skórzany pas, który miał dyscyplinować dzieci i „spełniał swoje zadanie”. Może dlatego nie wpadliśmy nigdy w „złe towarzystwo”,
t.j. ludzi wolnych od życiowych obowiązków. Nauczyliśmy się utajniać przed rodzicami nasze „niegrzeczne sprawki”, nauczyliśmy się też nie wspominać poza domem o „rozmowach politycznych”, które toczyły się podczas rodzinnych spotkań w naszym domu i domach naszych krewnych. Nazywało się to „nabieraniem wody w usta”, tym bardziej, że do czasu osiągnięcia dorosłości każdy młody człowiek słyszał pouczenie - „dzieci i ryby głosu
nie mają.”
Dopiero kilkanaście lat później dowiedziałam się, że ten sposób wychowania fachowcy nazywają „autorytarnym”. W tym stylu były wychowywane dzieci we wszystkich pokoleniach w naszej rodzinie.
Nieznośne czasem zakazy i nakazy powodowały, że młodzi starali się szybko usamodzielniać – rozpoczynali pracę i zakładali swoje rodziny. Dziewiętnastoletni chłopcy odbywali 3-2 letnią zasadniczą służbę wojskową. Presja , aby „być grzecznym” w domu i wśród obcych , nie „sprzedawać się dla zysku władzy ludowej” powodowała powstawanie i utrwalanie się podwójnej moralności , t .j. biernego oporu wobec „przeciwności losu”. Wielu osobom taka postawa pomogła się uniezależnić i dotrwać do wolności we względnie dobrym zdrowiu psychicznym.
Inni na złość rodzicom „odmrażali sobie uszy”, albo dla lepszych zarobków „wysługiwali się komunistom”.
Na szczęście w całej mojej rodzinie i w rodzinie mojego męża wszyscy szli drogą obowiązku i odpowiedzialności i dlatego mogę nasze dzieje bez wstydu opisywać.
Zwyczajne dni
Odkąd przeszłam na emeryturę, zajęłam się spisywaniem dla moich dzieci i wnuków rodzinnych opowieści
o naszych przodkach w Warszawie w XIX i XX w. Ich pomysły na życie zdarza się nam bezwiednie powielać
w XXI wieku.
poniedziałek, 27 lutego 2012
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Warszawiacy powracają do siebie
Koszmarne lata pięćdziesiąte XX wieku kończyły się i nasze liczące ok. 50 osób Drzewo Rodzinne znów zaczęło wrastać w warszawską ziemię.
Moi krewni byli przekonani, że ich podwarszawskie miejsca pobytu są tymczasowe
i dlatego wszystkie ich życiowe plany dotyczyły powrotu na stałe do rodzinnego miasta.
Prawie wszyscy wiązali swoje nadzieje z miejscem pracy lub miejscem nauki w Warszawie.
Niektórzy założyli rodziny z osobami, które posiadały mieszkania i stały meldunek
w Warszawie, inni zostali kandydatami na członków, a potem członkami warszawskich spółdzielni mieszkaniowych.
Moje obie prababcie Józefa i Anna w ostatnich latach swego długiego życia mieszkały
pod Warszawą - jedna na zachód, druga na wschód od stolicy - każda ze swoją najmłodszą córką i jej rodziną. Dzięki temu miały nie tylko dobrą opiekę na co dzień, ale i towarzystwo krewnych i znajomych, z którymi córki utrzymywały kontakt.
W miarę jak dorastałam najpierw z rodzicami i rodzeństwem, a potem sama odwiedzałam moje prababcie. Lubiłam słuchać opowieści prababci Józefy, jak w młodości ciężko fizycznie pracowała, a potem starała się z mężem zapewnić swoim dzieciom lepszy start w życiu. Cieszyła się, że jej dzieci dobrze radzą sobie w życiu i umieją uczciwie "zarabiać na chleb".
Prababcia Anna natomiast wspominała swoje dzieciństwo na wsi z takim rozrzewnieniem, jakby żęcie sierpem zboża należało do wielkich przyjemności. Podobno pytałam w dzieciństwie rodziców, jak dokładnie wygląda "nawieś" i kiedy tam pojedziemy.
Prababcia Anna mówiła o cudownym zapachu trawy i ziemi, o słonecznych dniach nad stawem i przekazała w ten sposób swoim prawnukom tęsknotę do życia w takich warunkach. Do ostatnich lat swego życia spacerowała po niewielkim lasku zbierając grzyby, potem tylko siadywała na skraju lasu na fotelu i wyjaśniała, jak nazywają się leśne kwiaty, które jej przynosiłam. Kilkoro z prawnuków Anny chciało zostać leśnikami, natomiast jeden skończył studia ogrodnicze i do dziś jest pasjonatem przyrody.
Dziś ja i moi bliscy wciąż lubimy wyprawy do lasu, spacery po polach i łąkach poza miastem.
Pamiętam szare i smutne lata sześćdziesiąte, kiedy obie moje prababcie odeszły na zawsze. Józefa zmarła w 1960 r, a Anna w 1963. Obie pochowane są na cmentarzu Bródnowskim niedaleko siebie i obie mają mogiły ze swoimi mężami. Prababci Annie
urodziła się tuż przed jej śmiercią praprawnuczka.
Lata sześćdziesiąte XX w. były też decydujące o wyborze drogi życia dla wielu członków naszej rodziny.
Ja ukończyłam podwarszawskie LO i rozpoczęłam dalszą naukę w Warszawie.
Mój ojciec i jego bracia i siostry pracowali w Warszawie. Moja babcia, mama, ciotki, wujkowie i starsi kuzyni podejmowali pracę w stolicy, a potem odbierali klucze do swoich warszawskich mieszkań: na Grochowie, w Śródmieściu, na Woli i na Ursynowie. Mieszkania były małe, ale luksusowe, jak na tamte warunki - miały centralne ogrzewanie, łazienki, w kranach zimną i ciepłą wodę. Były szczytem marzeń dla osób mieszkających pod Warszawą.
Spotykaliśmy się często z rodziną dalszą i bliższą, a tematem rozmów, oprócz wydarzeń w rodzinie, była przede wszystkim nieznośna polityka samozwańczej władzy w naszym kraju.
Moi krewni byli przekonani, że ich podwarszawskie miejsca pobytu są tymczasowe
i dlatego wszystkie ich życiowe plany dotyczyły powrotu na stałe do rodzinnego miasta.
Prawie wszyscy wiązali swoje nadzieje z miejscem pracy lub miejscem nauki w Warszawie.
Niektórzy założyli rodziny z osobami, które posiadały mieszkania i stały meldunek
w Warszawie, inni zostali kandydatami na członków, a potem członkami warszawskich spółdzielni mieszkaniowych.
Moje obie prababcie Józefa i Anna w ostatnich latach swego długiego życia mieszkały
pod Warszawą - jedna na zachód, druga na wschód od stolicy - każda ze swoją najmłodszą córką i jej rodziną. Dzięki temu miały nie tylko dobrą opiekę na co dzień, ale i towarzystwo krewnych i znajomych, z którymi córki utrzymywały kontakt.
W miarę jak dorastałam najpierw z rodzicami i rodzeństwem, a potem sama odwiedzałam moje prababcie. Lubiłam słuchać opowieści prababci Józefy, jak w młodości ciężko fizycznie pracowała, a potem starała się z mężem zapewnić swoim dzieciom lepszy start w życiu. Cieszyła się, że jej dzieci dobrze radzą sobie w życiu i umieją uczciwie "zarabiać na chleb".
Prababcia Anna natomiast wspominała swoje dzieciństwo na wsi z takim rozrzewnieniem, jakby żęcie sierpem zboża należało do wielkich przyjemności. Podobno pytałam w dzieciństwie rodziców, jak dokładnie wygląda "nawieś" i kiedy tam pojedziemy.
Prababcia Anna mówiła o cudownym zapachu trawy i ziemi, o słonecznych dniach nad stawem i przekazała w ten sposób swoim prawnukom tęsknotę do życia w takich warunkach. Do ostatnich lat swego życia spacerowała po niewielkim lasku zbierając grzyby, potem tylko siadywała na skraju lasu na fotelu i wyjaśniała, jak nazywają się leśne kwiaty, które jej przynosiłam. Kilkoro z prawnuków Anny chciało zostać leśnikami, natomiast jeden skończył studia ogrodnicze i do dziś jest pasjonatem przyrody.
Dziś ja i moi bliscy wciąż lubimy wyprawy do lasu, spacery po polach i łąkach poza miastem.
Pamiętam szare i smutne lata sześćdziesiąte, kiedy obie moje prababcie odeszły na zawsze. Józefa zmarła w 1960 r, a Anna w 1963. Obie pochowane są na cmentarzu Bródnowskim niedaleko siebie i obie mają mogiły ze swoimi mężami. Prababci Annie
urodziła się tuż przed jej śmiercią praprawnuczka.
Lata sześćdziesiąte XX w. były też decydujące o wyborze drogi życia dla wielu członków naszej rodziny.
Ja ukończyłam podwarszawskie LO i rozpoczęłam dalszą naukę w Warszawie.
Mój ojciec i jego bracia i siostry pracowali w Warszawie. Moja babcia, mama, ciotki, wujkowie i starsi kuzyni podejmowali pracę w stolicy, a potem odbierali klucze do swoich warszawskich mieszkań: na Grochowie, w Śródmieściu, na Woli i na Ursynowie. Mieszkania były małe, ale luksusowe, jak na tamte warunki - miały centralne ogrzewanie, łazienki, w kranach zimną i ciepłą wodę. Były szczytem marzeń dla osób mieszkających pod Warszawą.
Spotykaliśmy się często z rodziną dalszą i bliższą, a tematem rozmów, oprócz wydarzeń w rodzinie, była przede wszystkim nieznośna polityka samozwańczej władzy w naszym kraju.
czwartek, 22 grudnia 2011
Rodzina przez wojnę rozproszona
Po zakończeniu wojny nie wszystkim członkom naszej rodziny było dane spotkać się w rodzinnej Warszawie.
Siostra mojej babci zginęła w obozie Ravensbruck, a przeżyli tylko jej córka
i młodszy syn. W obozie przeprowadzano na więźniarkach zbrodnicze doświadczenia pseudomedyczne , co często przypłacały życiem, a rujnowało zdrowie tym, co przeżyły.
Ojciec tej rodziny zmarł tragicznie w Warszawie w 1942 r., a najstarszy syn Zdzisław zginął w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego.
Wuj mojej mamy, wywieziony w 1939 r. ze Lwowa w głąb Rosji, przebył z Armią Andersa szlak bojowy i osiadł w żołnierskim osiedlu w Anglii przy granicy
z Walią.
Jego żonie z córkami po licznych perypetiach udało się dotrzeć do niego ze Lwowa przez Warszawę.
Zamieszkali w Anglii na stałe i musieli radzić sobie w nowym środowisku początkowo bez znajomości języka angielskiego.
Tam znaleźli pracę, nowych znajomych i przyjaciół. Tam kształcili i wychowywali córki i troje urodzonych na obczyźnie dzieci. Starsze córki uczyły się w szkołach z internatem daleko od domu, młodsze dzieci posługiwały się już tylko językiem angielskim. W domu rodzice uczyli ich mówić po polsku, ale nie był to język przydatny w ich środowisku. Po ukończeniu szkoły średniej najstarsza córka - plastyczka wyjechała na stypendium naukowe do Kanady i tam zamieszkała na stałe. Najstarszy syn po studiach matematycznych usamodzielnił się, wyjechał do pracy w Hiszpanii i tam założył rodzinę. Młodsze córki po studiach podjęły prace jako nauczycielki, założyły rodziny i obecnie wychowują wnuki, które rozumieją po polsku tylko pojedyncze słowa.
Kontakty z rodziną w Polsce mieli w czasach PRL-u bardzo ograniczone ze względów politycznych - chociaż możliwe - dzięki życzliwym ludziom.
Warszawę wujostwo odwiedzili tylko 1 raz po 50 latach pobytu na obczyźnie.
Natomiast ich dzieci i wnuki wielokrotnie odwiedzali rodzinę w Polsce. Do dziś kolejne pokolenia naszej rodziny utrzymują ze sobą serdeczny kontakt
odwiedzając się wzajemnie.
Losy stryja mojej mamy oraz jego żony i córki wywiezionych po Powstaniu Warszawskim do obozów w Sandbostel i Murnau rzuciły ich również na angielska ziemię. Po wyzwoleniu tych obozów przez oddziały gen. Maczka stryj Antoni i jego żona Barbara starali się od królowej brytyjskiej o zezwolenie na osiedlenie się w Anglii.Tam przebywał ich syn Jan, który w czasie wojny służył w angielskim lotnictwie jako nawigator. Odmówiono im pobytu w Anglii i jednocześnie dowiedzieli się o śmierci syna, który zginął w katastrofie podczas lotu nad Francją
Stryjostwo zdecydowali się dołączyć do II Korpusu gen. Andersa w Porto San Giorgio we Włoszech. Po roku przeniesiono ich wraz z resztą Korpusu do Anglii, gdzie przebywali aż do swojego wyjazdu do USA w 1961 r.
Do Polski już nigdy na stałe nie wrócili.
Oni sami,ich dzieci i wnuki już wielokrotnie odwiedzali rodzinę w Warszawie
i zwiedzali różne zakątki Polski.
Siostra mojej babci zginęła w obozie Ravensbruck, a przeżyli tylko jej córka
i młodszy syn. W obozie przeprowadzano na więźniarkach zbrodnicze doświadczenia pseudomedyczne , co często przypłacały życiem, a rujnowało zdrowie tym, co przeżyły.
Ojciec tej rodziny zmarł tragicznie w Warszawie w 1942 r., a najstarszy syn Zdzisław zginął w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego.
Wuj mojej mamy, wywieziony w 1939 r. ze Lwowa w głąb Rosji, przebył z Armią Andersa szlak bojowy i osiadł w żołnierskim osiedlu w Anglii przy granicy
z Walią.
Jego żonie z córkami po licznych perypetiach udało się dotrzeć do niego ze Lwowa przez Warszawę.
Zamieszkali w Anglii na stałe i musieli radzić sobie w nowym środowisku początkowo bez znajomości języka angielskiego.
Tam znaleźli pracę, nowych znajomych i przyjaciół. Tam kształcili i wychowywali córki i troje urodzonych na obczyźnie dzieci. Starsze córki uczyły się w szkołach z internatem daleko od domu, młodsze dzieci posługiwały się już tylko językiem angielskim. W domu rodzice uczyli ich mówić po polsku, ale nie był to język przydatny w ich środowisku. Po ukończeniu szkoły średniej najstarsza córka - plastyczka wyjechała na stypendium naukowe do Kanady i tam zamieszkała na stałe. Najstarszy syn po studiach matematycznych usamodzielnił się, wyjechał do pracy w Hiszpanii i tam założył rodzinę. Młodsze córki po studiach podjęły prace jako nauczycielki, założyły rodziny i obecnie wychowują wnuki, które rozumieją po polsku tylko pojedyncze słowa.
Kontakty z rodziną w Polsce mieli w czasach PRL-u bardzo ograniczone ze względów politycznych - chociaż możliwe - dzięki życzliwym ludziom.
Warszawę wujostwo odwiedzili tylko 1 raz po 50 latach pobytu na obczyźnie.
Natomiast ich dzieci i wnuki wielokrotnie odwiedzali rodzinę w Polsce. Do dziś kolejne pokolenia naszej rodziny utrzymują ze sobą serdeczny kontakt
odwiedzając się wzajemnie.
Losy stryja mojej mamy oraz jego żony i córki wywiezionych po Powstaniu Warszawskim do obozów w Sandbostel i Murnau rzuciły ich również na angielska ziemię. Po wyzwoleniu tych obozów przez oddziały gen. Maczka stryj Antoni i jego żona Barbara starali się od królowej brytyjskiej o zezwolenie na osiedlenie się w Anglii.Tam przebywał ich syn Jan, który w czasie wojny służył w angielskim lotnictwie jako nawigator. Odmówiono im pobytu w Anglii i jednocześnie dowiedzieli się o śmierci syna, który zginął w katastrofie podczas lotu nad Francją
Stryjostwo zdecydowali się dołączyć do II Korpusu gen. Andersa w Porto San Giorgio we Włoszech. Po roku przeniesiono ich wraz z resztą Korpusu do Anglii, gdzie przebywali aż do swojego wyjazdu do USA w 1961 r.
Do Polski już nigdy na stałe nie wrócili.
Oni sami,ich dzieci i wnuki już wielokrotnie odwiedzali rodzinę w Warszawie
i zwiedzali różne zakątki Polski.
środa, 16 listopada 2011
Radość przygaszona
Urodziłam się w 1946 r. w Warszawie, ale moje młodsze rodzeństwo przyszło
na świat poza jej granicami.
Wg. ówczesnych decydentów moim rodzicom - od pokoleń warszawiakom -
nie należało się mieszkanie w stolicy, pomimo, że mój ojciec był był cenionym fachowcem w Gazowni Warszawskiej.
Być może "wygnanie" naszej rodziny na prowincję miało związek z tym,
że ojciec nie chciał zasilić szeregów "partii ludu pracującego miast i wsi",
pomimo, że go wielokrotnie do tego namawiano w zakładzie pracy.
Pod Warszawą zamieszkaliśmy jesienią 1947 r. w przydzielonym przez państwo mieszkaniu kwaterunkowym w domu, który odebrano prywatnemu właścicielowi.
Do pokoju na I piętrze wchodziło się z korytarza. Z pokoju można było wyjść
na strych i na duży drewniany balkon.
Kuchnia znajdowała się w osobnym pomieszczeniu, do którego tez wchodziło się ze wspólnego z sąsiadami korytarza.
Dom nie posiadał wodociągu, ani kanalizacji. Wodę nosiło się wiadrami
z podwórka, gdzie była pompa, komórki na węgiel oraz ubikacja, do której zlewano również domowe nieczystości.
Willa nie była ogrodzona i prowadziło do niej wiele ścieżek. Podobno znajdowała się przy ul. Słonecznej, ale tej ulicy nie mogliśmy nigdzie zlokalizować.
Moi rodzice cieszyli się z tego samodzielnego mieszkania, z tego, że nastał czas pokoju i na niebie nie pojawiały się już niszczycielskie bombowce, a z ziemi nie wyrastały wciąż świeże mogiły, tylko zielona trawa i kwiaty.
Mój pierwszy brat urodził się w styczniu 1948 r. Pierwszy miesiąc roku to tradycyjny w naszej rodzinie czas narodzin.
W styczniu urodziła się moja babcia, moja mama, moi dwaj bracia i kilku innych krewnych i kuzynów.
W ciągu kilku powojennych miesięcy wyprowadzili się z Warszawy kolejno siostra i brat mojego ojca ze swoimi rodzinami. Zamieszkali niedaleko nas, co pozwoliło na częste wzajemne odwiedziny i codzienną pomoc, znacznie też polepszyło samopoczucie wszystkich.
Mężczyźni dojeżdżali do pracy w Warszawie koleją podmiejską, a kobiety opiekowały się dziećmi, robiły zakupy, sprzątały, prały, gotowały, szyły, dziergały na drutach, cerowały i reperowały ubrania, czyli, jak to się mówi i dziś - siedziały w domu.
Pierwsze powojenne lata zapisały się w historii nowo powstałej Polski Ludowej pod nazwą "Bitwa o handel". Jesienią 1945 roku powstała Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym i wkrótce zaczęła nękać prywatnych przedsiębiorców. Wielu z nich trafiło do więzienia i do obozów pracy.
Zaczęto niszczyć wszelkie przejawy prywatnej działalności gospodarczej. W PRL-u wszystko powinno być wspólne, państwowe, znacjonalizowane. Obowiązywały maksymalne ceny żywności, których nikomu nie wolno było przekraczać. Narzucono wysokie podatki i tzw. domiar.
Mój wujek stracił w czasie wojny prawą rękę, i żeby utrzymać rodzinę, handlował na tzw. Ciuchach - bazarze przy Dworcu Wschodnim - odzieżą szytą w prywatnych pracowniach krawieckich. Wielokrotnie był przez to zatrzymywany do wyjaśnienia swojej legalnej działalności.
Kiedy miałam 3 lata urodziła się moja siostra. Wtedy też wyprowadzili się z Warszawy i zamieszkali niedaleko nas moja prababcia Anna i jej córka - moja babcia ze swoimi dorastającymi dziećmi, czyli młodszym rodzeństwem mojej mamy . Mama uzyskała naturalną pomoc przy trójce swoich dzieci, a babci łatwiej było znosić samotność i niepokój o męża, o którym "słuch zaginął", kiedy pomagał przedostać się ze Lwowa przez Warszawę do Anglii żonie i córkom brata babci.
Dopiero cztery lata później poznałam swojego dziadka, który w drodze powrotnej do Polski został zatrzymany na granicy i uwięziony "za szpiegostwo". Z więzienia wyszedł dzięki amnestii w 1952 r. schorowany i półgłuchy, ale odnalazł nas - swoją rodzinę.
Wtedy we wszystkich dziedzinach życia w Polsce, wyraźnie i bardzo negatywnie zaznaczał się wpływ "przyjaciół" z ZSRR.
My, dzieci, przysłuchiwaliśmy się w naszych domach niekończącym się rozmowom i bardzo nieprzychylnym władzy komentarzom dorosłych na temat bieżących wydarzeń. Mieliśmy przykazane, żeby nie powtarzać niczego, co usłyszeliśmy w domu - i tego zawsze przestrzegaliśmy.
Dorosłych w mojej rodzinie bulwersowało np. to, że cegły, dzięki którym możliwa była odbudowa Warszawy, władze państwowe pozyskiwały z rozbiórki poniemieckich budynków w miastach na Ziemiach Odzyskanych. Podobnie postępowali niektórzy "obywatele" - warszawskie gruzowiska, pomogły wybudować i wyposażyć w znalezione sprzęty wiele domów pod Warszawą. "Polskie" władze zniosły w 1950 r. urzędy wojewodów i starostów i powołały w ich miejsce rady narodowe, o pracy których ze wstrętem wypowiadała się moja babcia.
28 października 1950 roku wprowadzono w Polsce denominację, t.j. wymianę pieniędzy. Płace i ceny towarów przeliczono 3:100, czyli za 100 złotych starych można było dostać 3 złote nowe. Dla oszczędności zastosowano przelicznik 1:100, czyli za 100 starych złotych otrzymywało się złotówkę.
Doprowadziło to do drastycznego zubożenia społeczeństwa. Brakowało pieniędzy na najpotrzebniejsze produkty, których również brakowało. W naszej rodzinie boleśnie wszyscy to odczuwaliśmy.
Zakazane było posiadanie obcych walut, złota i platyny i stosowano wysokie kary za tzw.przestępstwa dewizowe. Nasza rodzina za granicą umiała jednak wspomagać materialnie nas - swoich krewnych w komunistycznej Polsce.
1 kwietnia 1952 roku wprowadzono kartki na dania mięsne w restauracjach , a 24 kwietnia wprowadzono kartki na cukier, herbatę i kawę, a 2 maja - na mydło i proszek do prania. 3 stycznia 1953 roku zniesiono wszystkie kartki, ale podniesiono ceny towarów. Bieda była powszechna.
W styczniu 1953 urodził się mój drugi brat i mój ojciec musiał utrzymywać od tej pory żonę i czworo dzieci..
We wrześniu 1953 r. poszłam do pierwszej klasy szkoły podstawowej jako córka robotnika i niepracującej matki.
na świat poza jej granicami.
Wg. ówczesnych decydentów moim rodzicom - od pokoleń warszawiakom -
nie należało się mieszkanie w stolicy, pomimo, że mój ojciec był był cenionym fachowcem w Gazowni Warszawskiej.
Być może "wygnanie" naszej rodziny na prowincję miało związek z tym,
że ojciec nie chciał zasilić szeregów "partii ludu pracującego miast i wsi",
pomimo, że go wielokrotnie do tego namawiano w zakładzie pracy.
Pod Warszawą zamieszkaliśmy jesienią 1947 r. w przydzielonym przez państwo mieszkaniu kwaterunkowym w domu, który odebrano prywatnemu właścicielowi.
Do pokoju na I piętrze wchodziło się z korytarza. Z pokoju można było wyjść
na strych i na duży drewniany balkon.
Kuchnia znajdowała się w osobnym pomieszczeniu, do którego tez wchodziło się ze wspólnego z sąsiadami korytarza.
Dom nie posiadał wodociągu, ani kanalizacji. Wodę nosiło się wiadrami
z podwórka, gdzie była pompa, komórki na węgiel oraz ubikacja, do której zlewano również domowe nieczystości.
Willa nie była ogrodzona i prowadziło do niej wiele ścieżek. Podobno znajdowała się przy ul. Słonecznej, ale tej ulicy nie mogliśmy nigdzie zlokalizować.
Moi rodzice cieszyli się z tego samodzielnego mieszkania, z tego, że nastał czas pokoju i na niebie nie pojawiały się już niszczycielskie bombowce, a z ziemi nie wyrastały wciąż świeże mogiły, tylko zielona trawa i kwiaty.
Mój pierwszy brat urodził się w styczniu 1948 r. Pierwszy miesiąc roku to tradycyjny w naszej rodzinie czas narodzin.
W styczniu urodziła się moja babcia, moja mama, moi dwaj bracia i kilku innych krewnych i kuzynów.
W ciągu kilku powojennych miesięcy wyprowadzili się z Warszawy kolejno siostra i brat mojego ojca ze swoimi rodzinami. Zamieszkali niedaleko nas, co pozwoliło na częste wzajemne odwiedziny i codzienną pomoc, znacznie też polepszyło samopoczucie wszystkich.
Mężczyźni dojeżdżali do pracy w Warszawie koleją podmiejską, a kobiety opiekowały się dziećmi, robiły zakupy, sprzątały, prały, gotowały, szyły, dziergały na drutach, cerowały i reperowały ubrania, czyli, jak to się mówi i dziś - siedziały w domu.
Pierwsze powojenne lata zapisały się w historii nowo powstałej Polski Ludowej pod nazwą "Bitwa o handel". Jesienią 1945 roku powstała Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym i wkrótce zaczęła nękać prywatnych przedsiębiorców. Wielu z nich trafiło do więzienia i do obozów pracy.
Zaczęto niszczyć wszelkie przejawy prywatnej działalności gospodarczej. W PRL-u wszystko powinno być wspólne, państwowe, znacjonalizowane. Obowiązywały maksymalne ceny żywności, których nikomu nie wolno było przekraczać. Narzucono wysokie podatki i tzw. domiar.
Mój wujek stracił w czasie wojny prawą rękę, i żeby utrzymać rodzinę, handlował na tzw. Ciuchach - bazarze przy Dworcu Wschodnim - odzieżą szytą w prywatnych pracowniach krawieckich. Wielokrotnie był przez to zatrzymywany do wyjaśnienia swojej legalnej działalności.
Kiedy miałam 3 lata urodziła się moja siostra. Wtedy też wyprowadzili się z Warszawy i zamieszkali niedaleko nas moja prababcia Anna i jej córka - moja babcia ze swoimi dorastającymi dziećmi, czyli młodszym rodzeństwem mojej mamy . Mama uzyskała naturalną pomoc przy trójce swoich dzieci, a babci łatwiej było znosić samotność i niepokój o męża, o którym "słuch zaginął", kiedy pomagał przedostać się ze Lwowa przez Warszawę do Anglii żonie i córkom brata babci.
Dopiero cztery lata później poznałam swojego dziadka, który w drodze powrotnej do Polski został zatrzymany na granicy i uwięziony "za szpiegostwo". Z więzienia wyszedł dzięki amnestii w 1952 r. schorowany i półgłuchy, ale odnalazł nas - swoją rodzinę.
Wtedy we wszystkich dziedzinach życia w Polsce, wyraźnie i bardzo negatywnie zaznaczał się wpływ "przyjaciół" z ZSRR.
My, dzieci, przysłuchiwaliśmy się w naszych domach niekończącym się rozmowom i bardzo nieprzychylnym władzy komentarzom dorosłych na temat bieżących wydarzeń. Mieliśmy przykazane, żeby nie powtarzać niczego, co usłyszeliśmy w domu - i tego zawsze przestrzegaliśmy.
Dorosłych w mojej rodzinie bulwersowało np. to, że cegły, dzięki którym możliwa była odbudowa Warszawy, władze państwowe pozyskiwały z rozbiórki poniemieckich budynków w miastach na Ziemiach Odzyskanych. Podobnie postępowali niektórzy "obywatele" - warszawskie gruzowiska, pomogły wybudować i wyposażyć w znalezione sprzęty wiele domów pod Warszawą. "Polskie" władze zniosły w 1950 r. urzędy wojewodów i starostów i powołały w ich miejsce rady narodowe, o pracy których ze wstrętem wypowiadała się moja babcia.
28 października 1950 roku wprowadzono w Polsce denominację, t.j. wymianę pieniędzy. Płace i ceny towarów przeliczono 3:100, czyli za 100 złotych starych można było dostać 3 złote nowe. Dla oszczędności zastosowano przelicznik 1:100, czyli za 100 starych złotych otrzymywało się złotówkę.
Doprowadziło to do drastycznego zubożenia społeczeństwa. Brakowało pieniędzy na najpotrzebniejsze produkty, których również brakowało. W naszej rodzinie boleśnie wszyscy to odczuwaliśmy.
Zakazane było posiadanie obcych walut, złota i platyny i stosowano wysokie kary za tzw.przestępstwa dewizowe. Nasza rodzina za granicą umiała jednak wspomagać materialnie nas - swoich krewnych w komunistycznej Polsce.
1 kwietnia 1952 roku wprowadzono kartki na dania mięsne w restauracjach , a 24 kwietnia wprowadzono kartki na cukier, herbatę i kawę, a 2 maja - na mydło i proszek do prania. 3 stycznia 1953 roku zniesiono wszystkie kartki, ale podniesiono ceny towarów. Bieda była powszechna.
W styczniu 1953 urodził się mój drugi brat i mój ojciec musiał utrzymywać od tej pory żonę i czworo dzieci..
We wrześniu 1953 r. poszłam do pierwszej klasy szkoły podstawowej jako córka robotnika i niepracującej matki.
sobota, 1 października 2011
Pierwsze powojenne miesiące
W maju 1945 roku oficjalnie zakończyła się II wojna światowa. Popłynęło wiele łez radości. Miliony ludzi oddychały z ulgą po koszmarze okupacji.
Warszawiacy już od stycznia 1945 r. wracali do swojego ukochanego, ale zrujnowanego miasta i organizowali tymczasowe schronienia dla siebie i swoich rozproszonych rodzin. Warszawska ulica tętniła pośpiechem.
Nikt nie wyobrażał sobie, że Warszawa może nie zostać odbudowana.
Systematycznie dzień po dniu oczyszczano miasto z gruzów, remontowano i budowano domy mieszkalne i budynki użyteczności publicznej.
We wrześniu 1945 r. w Warszawie nowy rok szkolny rozpoczął się już w 100 odremontowanych budynkach szkolnych. Niektóre z nich przetrwały w dobrym stanie, bo korzystali z nich okupanci niemieccy.
W ocalałych kamienicach zasiedlano pojedyncze mieszkania , a w halach targowych i na ulicznych stoiskach można było znów robić zakupy.
Handlowano żywnością i innymi cennymi dobrami, które czasem pochodziły z tzw. szabru - czyli rozkradania mienia dawnych właścicieli zrujnowanych mieszkań a nawet instytucji. Czasem wymieniano towar za towar, bo brakowało polskich pieniędzy.
Moi rodzice od chwili powrotu pieszo z Milanówka do Warszawy w styczniu 1945 r. organizowali swoje życie codzienne najlepiej, jak potrafili w tych skrajnie trudnych warunkach. Mieszkali na pl.Kazimierza w wyremontowanym pomieszczeniu kuchennym na I piętrze zrujnowanej kamienicy, gdzie schody wisiały tylko na jednej ścianie, bo druga leżała w gruzach.
Mój ojciec rozpoczął pracę w uruchomionej 25 czerwca 1945 roku Gazowni Warszawskiej
Inni członkowie moje rodziny i ich przyjaciele przez kilkanaście miesięcy po wojnie wracali do Warszawy z obozów jenieckich, z obozów pracy w Niemczech i z tułaczki po Polsce. Niektórzy przywozili ze sobą paczki z żywnością w ramach pomocy UNRRA , inni - mieli jeszcze na sobie obozowe pasiaki, jak ukochana kuzynka mojej mamy.
Odnajdywali się dzięki rozlepianym na gruzach swoich dawnych domów kartkom z informacjami, gdzie kto obecnie przebywa i kto kogo poszukuje.
Z obozu w Oświęcimiu powrócił ojciec mojej mamy i pojechał do Niemiec szukać w wyzwolonym przez Amerykanów obozie swojej żony i dzieci. Przyjechali wszyscy do Warszawy w marcu 1946 r. i dowiedzieli się o moim urodzeniu. Wtedy po raz pierwszy zostali dziadkami.
Do końca roku 1947 większość członków rodziny mojej mamy i mego taty znów mieszkała w stolicy, a raczej w jej gruzach.
Niestety w Warszawie instalował się już nowy system gospodarczy, polityczny i naukowy - zaczęły obowiązywać wzory radzieckie i stalinizm. Utrwalała się tzw. władza ludowa i rozbudowano aparat bezpieczeństwa. Duża część obywateli Polski awansowała społecznie ze względu na swoje robotnicze i chłopskie pochodzenie.
W dniu 21 listopada 1945 r. wszedł w życie tzw. Dekret Bieruta o wywłaszczeniu gruntów warszawskich, które przeszły na własność gminy m. st. Warszawy, a ich dotychczasowi właściciele mogli być tylko ich wieczystymi użytkownikami, co trwa, z wyjątkami, do dziś.
od 1948 r. zaczął obowiązywać zakaz meldunku w Warszawie osób powracających z wypędzenia - prawo do zamieszkania i zameldowania dostawali tylko zasłużeni fachowcy i członkowie partii rządzącej albo ludzie z "odpowiednimi" znajomościami i pieniędzmi.
Warszawiacy już od stycznia 1945 r. wracali do swojego ukochanego, ale zrujnowanego miasta i organizowali tymczasowe schronienia dla siebie i swoich rozproszonych rodzin. Warszawska ulica tętniła pośpiechem.
Nikt nie wyobrażał sobie, że Warszawa może nie zostać odbudowana.
Systematycznie dzień po dniu oczyszczano miasto z gruzów, remontowano i budowano domy mieszkalne i budynki użyteczności publicznej.
We wrześniu 1945 r. w Warszawie nowy rok szkolny rozpoczął się już w 100 odremontowanych budynkach szkolnych. Niektóre z nich przetrwały w dobrym stanie, bo korzystali z nich okupanci niemieccy.
W ocalałych kamienicach zasiedlano pojedyncze mieszkania , a w halach targowych i na ulicznych stoiskach można było znów robić zakupy.
Handlowano żywnością i innymi cennymi dobrami, które czasem pochodziły z tzw. szabru - czyli rozkradania mienia dawnych właścicieli zrujnowanych mieszkań a nawet instytucji. Czasem wymieniano towar za towar, bo brakowało polskich pieniędzy.
Moi rodzice od chwili powrotu pieszo z Milanówka do Warszawy w styczniu 1945 r. organizowali swoje życie codzienne najlepiej, jak potrafili w tych skrajnie trudnych warunkach. Mieszkali na pl.Kazimierza w wyremontowanym pomieszczeniu kuchennym na I piętrze zrujnowanej kamienicy, gdzie schody wisiały tylko na jednej ścianie, bo druga leżała w gruzach.
Mój ojciec rozpoczął pracę w uruchomionej 25 czerwca 1945 roku Gazowni Warszawskiej
Inni członkowie moje rodziny i ich przyjaciele przez kilkanaście miesięcy po wojnie wracali do Warszawy z obozów jenieckich, z obozów pracy w Niemczech i z tułaczki po Polsce. Niektórzy przywozili ze sobą paczki z żywnością w ramach pomocy UNRRA , inni - mieli jeszcze na sobie obozowe pasiaki, jak ukochana kuzynka mojej mamy.
Odnajdywali się dzięki rozlepianym na gruzach swoich dawnych domów kartkom z informacjami, gdzie kto obecnie przebywa i kto kogo poszukuje.
Z obozu w Oświęcimiu powrócił ojciec mojej mamy i pojechał do Niemiec szukać w wyzwolonym przez Amerykanów obozie swojej żony i dzieci. Przyjechali wszyscy do Warszawy w marcu 1946 r. i dowiedzieli się o moim urodzeniu. Wtedy po raz pierwszy zostali dziadkami.
Do końca roku 1947 większość członków rodziny mojej mamy i mego taty znów mieszkała w stolicy, a raczej w jej gruzach.
Niestety w Warszawie instalował się już nowy system gospodarczy, polityczny i naukowy - zaczęły obowiązywać wzory radzieckie i stalinizm. Utrwalała się tzw. władza ludowa i rozbudowano aparat bezpieczeństwa. Duża część obywateli Polski awansowała społecznie ze względu na swoje robotnicze i chłopskie pochodzenie.
W dniu 21 listopada 1945 r. wszedł w życie tzw. Dekret Bieruta o wywłaszczeniu gruntów warszawskich, które przeszły na własność gminy m. st. Warszawy, a ich dotychczasowi właściciele mogli być tylko ich wieczystymi użytkownikami, co trwa, z wyjątkami, do dziś.
od 1948 r. zaczął obowiązywać zakaz meldunku w Warszawie osób powracających z wypędzenia - prawo do zamieszkania i zameldowania dostawali tylko zasłużeni fachowcy i członkowie partii rządzącej albo ludzie z "odpowiednimi" znajomościami i pieniędzmi.
środa, 31 sierpnia 2011
1 września 1944 r. w Warszawie
1 września 1944 minęło 5 lat okrutnej wojny, która rozlała się na cały świat.
W Warszawie na Starym Mieście po 2 tygodniach Powstania Warszawskiego trwała ewakuacja żołnierzy z bronią i bez broni kanałami do Śródmieścia. "W ciągu dnia tysiące zmęczonych ludzi wychodzą z kanału włazem przy zbiegu Nowego Światu i Wareckiej. O świcie Niemcy atakują z Bielańskiej ul. Długą. Atak, w którym tracą ok. 100 żołnierzy zostaje odparty. Komplikuje się sytuacja na południowych odcinkach Warszawy. Na Sadybie ciężkie bomby burzą Fort Legionów Dąbrowskiego - ginie dowódca obrony Fortu kpt. dr "Jaszczur". Kompania K-1 z pułku AK "Baszta" idąca od al. Sobieskiego na pomoc Sadybie zostaje odrzucona i ponosi duże straty w zabitych i rannych. Z kanału na Wareckiej zaczęli wychodzić obrońcy Starówki..." - Taki dokładny opis wrześniowych działań Powstańczych znalazłam w Internecie.
Bombardowanie Warszawy w 1944 r. zamieniło miasto w sterty gruzów, ale na tych gruzach i w podwórkach domów mieszkańcy budowali kapliczki dziękczynne jako miejsca upamiętnienia śmierci bojowników Powstania Warszawskiego i śmierci mieszkańców kamienic. Przy nich księża odprawiali msze święte a mieszkańcy gromadzili się na modlitwy.
7 września moi rodzice próbowali się przedostać się z powrotem z Powiśla do zrujnowanego domu na pl. Kazimierza, ale nie zdążyli Tego dnia hitlerowcy rozpoczęli wywózkę mieszkańców Powiśla do obozu przejściowego w Pruszkowie. Warszawiacy eskortowani przez hitlerowców szli ulicą Wolską obok kościoła św. Wojciecha.
W 1994 r. w 50 rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego w odbudowanym kościele św. Wojciecha powstała Kaplica Pamięci Narodowej.
Moi rodzice znaleźli się przed bramą kościoła św. Wojciecha 7 września po południu i już się ze sobą żegnali na zawsze. Ale szczęśliwie okazało się, że kościół jest przepełniony i oni wraz z pozostałymi wygnańcami dotarli tego dnia bezpośrednio na dworzec Zachodni, a potem pociągiem towarowym do obozu w Pruszkowie Mieszkała tam z rodziną najmłodsza córka mojej prababci Józefy , do której mama napisała kartkę i przerzuciła ją przez mur. Siostra ojca mojej mamy - nauczycielka była w obozie sanitariuszką. Zdobyła dla moich rodziców fałszywe zaświadczenia lekarskie o chorobie zakaźnej i dzięki temu wyprowadziła ich z obozu. Od połowy września 1944 r. do 17 stycznia 1945 r. moi rodzice tułali się w kilku miejscowościach podwarszawskich.
Mój ojciec pracował jako ślusarz i pracownik fizyczny,a mama - pomagała w rolnictwie za jedzenie i noclegi.
18 stycznia 1945 r. młodzi małżonkowie wrócili pieszo z Milanówka do Warszawy na pl. Kazimierza 5 , gdzie ocalało jedno obce mieszkanie. Sprzęty poprzednich właścicieli zgromadzili w osobnym pomieszczeniu, co okazało się potrzebne, kiedy Ci wrócili do Warszawy.
W Warszawie na Starym Mieście po 2 tygodniach Powstania Warszawskiego trwała ewakuacja żołnierzy z bronią i bez broni kanałami do Śródmieścia. "W ciągu dnia tysiące zmęczonych ludzi wychodzą z kanału włazem przy zbiegu Nowego Światu i Wareckiej. O świcie Niemcy atakują z Bielańskiej ul. Długą. Atak, w którym tracą ok. 100 żołnierzy zostaje odparty. Komplikuje się sytuacja na południowych odcinkach Warszawy. Na Sadybie ciężkie bomby burzą Fort Legionów Dąbrowskiego - ginie dowódca obrony Fortu kpt. dr "Jaszczur". Kompania K-1 z pułku AK "Baszta" idąca od al. Sobieskiego na pomoc Sadybie zostaje odrzucona i ponosi duże straty w zabitych i rannych. Z kanału na Wareckiej zaczęli wychodzić obrońcy Starówki..." - Taki dokładny opis wrześniowych działań Powstańczych znalazłam w Internecie.
Bombardowanie Warszawy w 1944 r. zamieniło miasto w sterty gruzów, ale na tych gruzach i w podwórkach domów mieszkańcy budowali kapliczki dziękczynne jako miejsca upamiętnienia śmierci bojowników Powstania Warszawskiego i śmierci mieszkańców kamienic. Przy nich księża odprawiali msze święte a mieszkańcy gromadzili się na modlitwy.
7 września moi rodzice próbowali się przedostać się z powrotem z Powiśla do zrujnowanego domu na pl. Kazimierza, ale nie zdążyli Tego dnia hitlerowcy rozpoczęli wywózkę mieszkańców Powiśla do obozu przejściowego w Pruszkowie. Warszawiacy eskortowani przez hitlerowców szli ulicą Wolską obok kościoła św. Wojciecha.
W 1994 r. w 50 rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego w odbudowanym kościele św. Wojciecha powstała Kaplica Pamięci Narodowej.
Moi rodzice znaleźli się przed bramą kościoła św. Wojciecha 7 września po południu i już się ze sobą żegnali na zawsze. Ale szczęśliwie okazało się, że kościół jest przepełniony i oni wraz z pozostałymi wygnańcami dotarli tego dnia bezpośrednio na dworzec Zachodni, a potem pociągiem towarowym do obozu w Pruszkowie Mieszkała tam z rodziną najmłodsza córka mojej prababci Józefy , do której mama napisała kartkę i przerzuciła ją przez mur. Siostra ojca mojej mamy - nauczycielka była w obozie sanitariuszką. Zdobyła dla moich rodziców fałszywe zaświadczenia lekarskie o chorobie zakaźnej i dzięki temu wyprowadziła ich z obozu. Od połowy września 1944 r. do 17 stycznia 1945 r. moi rodzice tułali się w kilku miejscowościach podwarszawskich.
Mój ojciec pracował jako ślusarz i pracownik fizyczny,a mama - pomagała w rolnictwie za jedzenie i noclegi.
18 stycznia 1945 r. młodzi małżonkowie wrócili pieszo z Milanówka do Warszawy na pl. Kazimierza 5 , gdzie ocalało jedno obce mieszkanie. Sprzęty poprzednich właścicieli zgromadzili w osobnym pomieszczeniu, co okazało się potrzebne, kiedy Ci wrócili do Warszawy.
poniedziałek, 1 sierpnia 2011
Wojenne chwile radości
Rok 1944 - przyniósł Polakom wiele cierpienia i krótkie chwile radości.
Dziś mija 67 rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego, które było największą bitwą stoczoną przez Polaków w czasie II wojny światowej. Był to zryw patriotyczny - mieszkańcy Warszawy mieli dość 5. lat bombardowań, łapanek i egzekucji, chcieli być wolni za wszelką cenę.
Przeciwko 16 tysiącom żołnierzy niemieckich stanęło około 50 tys. bardzo skromnie uzbrojonych powstańców, wspomaganych przez ludność cywilną.
Zobacz Kalendarium Powstania Warszawskiego
30 lipca 1944 r. w niedzielę rano najstarsza 19.letnia córka moich dziadków z ul.Grójeckiej (moja mama) w kościele św. Jakuba przy pl. Narutowicza zawarła związek małżeński z moim tatą – 24.letnim mieszkańcem pl. Kazimierza Wielkiego.
Młodzi do ślubu pojechali odkrytą dorożką - lato tego roku było upalne.
Na zdjęcia ślubne pojechali do zakładu fotograficznego przy ul. Twardej- róg Żelaznej. Miały być gotowe na czwartek 3 sierpnia, ale już ich nie odebrali, bo klisze spłonęły w czasie Powstania.
Zakład fotograficzny założony w 1929 r., istnieje w tym miejscu do dziś w odbudowanej po wojnie kamienicy.
Obiad weselny przygotowała starsza zamężna siostra mojego ojca w swoim mieszkaniu na Powiślu. Tata miał 2 starsze siostry i dwóch młodszych braci. Ich mama zmarła, kiedy miał 10 lat, a tata – kiedy miał lat 19. Tak więc nie mogłam poznać dziadków ze strony ojca. Przekazy rodzinne mówią o nich jako ludziach spokojnych, uczciwych i troszczących się o pięcioro swoich dzieci. Do roku 1939 wszystkie dzieci zdążyły ukończyć szkołę powszechną, a mój tata był absolwentem I Miejskiego Gimnazjum Rzemieślniczego im. Michała Konarskiego przy ul.Leszno 72, gdzie zdobył zawód ślusarza.
1 sierpnia we wtorek wczesnym popołudniem moi rodzice wracali tramwajem z Mokotowa, gdzie odwieźli garnitur pożyczony na ślub. Część drogi na pl.Kazimierza musieli odbyć pieszo, bo w Śródmieściu działali już Powstańcy. Do domu mojego ojca tego dnia już nie dotarli. Mieszkające niedaleko prababcia Józefa i prababcia Anna, której mieszkanie w Al.Jerozolimskich spłonęło i teraz mieszkały razem, zaprosiły ich na obiad i u nich rodzice spędzili noc.
Następnego dnia chcieli przedostać się na ul. Grójecką do domu rodzinnego mamy po jej rzeczy osobiste. Niestety, jej dom na Ochocie był już w gruzach.
2 sierpnia dotarła na plac Kazimierza tragiczna wiadomość. Tego dnia zginął 20.letni kuzyn mojej mamy - Powstaniec - żołnierz 3 batalionu zgrupowania Chrobry II. Został śmiertelnie ranny w Al. Jerozolimskich - róg ul.Marszałkowskiej w akcji przedzierania się zgrupowania na Mokotów po walkach na ul. Chmielnej i Miedzianej.
Okres Powstania Warszawskiego to zacięte walki w bezpośrednim sąsiedztwie ulic: Twardej, Miedzianej, Srebrnej, Towarowej, Siennej i Złotej. Przed godziną ,,W” na ul.Miedzianej 8, gdzie mieściła się szkoła, to było miejsce koncentracji 7 kompanii motorowej ,,Iskra”. W budynku szkoły mieścił się punkt sanitarny PCK dla ludności i punkt medyczny Zgrupowania ,,Chrobry II”. Na obszernym podwórku ziemnym powstał prowizoryczny cmentarz.
4 sierpnia jego matka i młodsze rodzeństwo dostali się w ulicznej łapance do obozu na Zieleniaku na Ochocie, gdzie przez kilka dni byli przetrzymywani, a potem odbyli długą podróż pociągiem w nieludzkich warunkach do obozu w Bergen Belsen, gdzie pracowali niewolniczo w fabryce broni.
Ten sam los spotkał jej młodszą siostrę, moją babcię z ul.Grójeckiej i rodzeństwo mojej mamy) oraz jej starszą siostrę z dwojgiem młodszych dzieci.
W niemieckim obozie siostra mojej babci została zamordowana, na jej 19. letniej córce przeprowadzano eksperymenty medyczne, a 17. letni syn pracował przez kilka miesięcy w kopalni bez wyjeżdżania na powierzchnię. 4 września obaj bracia mojego taty również zostali zatrzymani w łapance i wywiezieni na roboty do Niemiec.
Moi rodzice i inni mieszkańcy domu przy pl. Kazimierza ukrywali się w piwnicy, dokąd znieśli rzeczy niezbędne do przeżycia.
5 sierpnia w ich dom trafiła bomba i wyjście z piwnicy zostało zasypane. Po kilkunastu godzinach wyjście z piwnicy odkopali Powstańcy.
6 sierpnia w Dzień Przemienienia Pańskiego wszyscy opuścili piwnice i zgromadzili się przy kapliczce na modlitwy dziękczynne. Odtąd nie mieli już dachu nad głową, ani nic do jedzenia, ale - przeżyli.
Nocą moi rodzice przedostali się na ul. Dynasy na Powiślu, gdzie było jeszcze spokojnie. Mieszkał tam teść starszej siostry mojego siostry ojca, który hodował króliki i miał zgromadzony dla nich suchy chleb. W sierpniu roku 1944 ten chleb ratował ludzi. Głównym zajęciem każdego dnia było poszukiwanie żywności. Kiedyś ojciec znalazł marcepany w pobliskiej nieczynnej fabryce Domańskiego, ale chleba już nie mieli. Niedługo potem Powiśle zostało ciężko zbombardowane.
W Powstaniu Warszawskim brał udział w randze kapitana najstarszy syn mojej prababci Józefy, któremu udało się wrócić do Warszawy po opuszczeniu twierdzy w Brześciu. Był w Powstaniu kwatermistrzem II Rejonu I Obwodu obejmującego południowo - wschodnią część Śródmieścia między ul. Marszałkowską a Wisłą.
Jego żona, pracująca w szkole w Ursusie, przeszła dwuletnie przeszkolenie wojskowe i w stopniu kaprala brała udział w Powstaniu Warszawskim. Ich 16.letnia córka była łączniczką na trasie Śródmieście - Czerniaków i za udział w Powstaniu została odznaczona Brązowym i Srebrnym Krzyżem Zasługi z Mieczami oraz Krzyżem Walecznych.
Po klęsce Powstania syn prababci Józefy został internowany w międzynarodowym „koedukacyjnym” obozie jenieckim w Sandbostel k. Hamburga. Tam również po Powstaniu znalazły się jego żona i córka.
Dziś mija 67 rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego, które było największą bitwą stoczoną przez Polaków w czasie II wojny światowej. Był to zryw patriotyczny - mieszkańcy Warszawy mieli dość 5. lat bombardowań, łapanek i egzekucji, chcieli być wolni za wszelką cenę.
Przeciwko 16 tysiącom żołnierzy niemieckich stanęło około 50 tys. bardzo skromnie uzbrojonych powstańców, wspomaganych przez ludność cywilną.
Zobacz Kalendarium Powstania Warszawskiego
30 lipca 1944 r. w niedzielę rano najstarsza 19.letnia córka moich dziadków z ul.Grójeckiej (moja mama) w kościele św. Jakuba przy pl. Narutowicza zawarła związek małżeński z moim tatą – 24.letnim mieszkańcem pl. Kazimierza Wielkiego.
Młodzi do ślubu pojechali odkrytą dorożką - lato tego roku było upalne.
Na zdjęcia ślubne pojechali do zakładu fotograficznego przy ul. Twardej- róg Żelaznej. Miały być gotowe na czwartek 3 sierpnia, ale już ich nie odebrali, bo klisze spłonęły w czasie Powstania.
Zakład fotograficzny założony w 1929 r., istnieje w tym miejscu do dziś w odbudowanej po wojnie kamienicy.
Obiad weselny przygotowała starsza zamężna siostra mojego ojca w swoim mieszkaniu na Powiślu. Tata miał 2 starsze siostry i dwóch młodszych braci. Ich mama zmarła, kiedy miał 10 lat, a tata – kiedy miał lat 19. Tak więc nie mogłam poznać dziadków ze strony ojca. Przekazy rodzinne mówią o nich jako ludziach spokojnych, uczciwych i troszczących się o pięcioro swoich dzieci. Do roku 1939 wszystkie dzieci zdążyły ukończyć szkołę powszechną, a mój tata był absolwentem I Miejskiego Gimnazjum Rzemieślniczego im. Michała Konarskiego przy ul.Leszno 72, gdzie zdobył zawód ślusarza.
1 sierpnia we wtorek wczesnym popołudniem moi rodzice wracali tramwajem z Mokotowa, gdzie odwieźli garnitur pożyczony na ślub. Część drogi na pl.Kazimierza musieli odbyć pieszo, bo w Śródmieściu działali już Powstańcy. Do domu mojego ojca tego dnia już nie dotarli. Mieszkające niedaleko prababcia Józefa i prababcia Anna, której mieszkanie w Al.Jerozolimskich spłonęło i teraz mieszkały razem, zaprosiły ich na obiad i u nich rodzice spędzili noc.
Następnego dnia chcieli przedostać się na ul. Grójecką do domu rodzinnego mamy po jej rzeczy osobiste. Niestety, jej dom na Ochocie był już w gruzach.
2 sierpnia dotarła na plac Kazimierza tragiczna wiadomość. Tego dnia zginął 20.letni kuzyn mojej mamy - Powstaniec - żołnierz 3 batalionu zgrupowania Chrobry II. Został śmiertelnie ranny w Al. Jerozolimskich - róg ul.Marszałkowskiej w akcji przedzierania się zgrupowania na Mokotów po walkach na ul. Chmielnej i Miedzianej.
Okres Powstania Warszawskiego to zacięte walki w bezpośrednim sąsiedztwie ulic: Twardej, Miedzianej, Srebrnej, Towarowej, Siennej i Złotej. Przed godziną ,,W” na ul.Miedzianej 8, gdzie mieściła się szkoła, to było miejsce koncentracji 7 kompanii motorowej ,,Iskra”. W budynku szkoły mieścił się punkt sanitarny PCK dla ludności i punkt medyczny Zgrupowania ,,Chrobry II”. Na obszernym podwórku ziemnym powstał prowizoryczny cmentarz.
4 sierpnia jego matka i młodsze rodzeństwo dostali się w ulicznej łapance do obozu na Zieleniaku na Ochocie, gdzie przez kilka dni byli przetrzymywani, a potem odbyli długą podróż pociągiem w nieludzkich warunkach do obozu w Bergen Belsen, gdzie pracowali niewolniczo w fabryce broni.
Ten sam los spotkał jej młodszą siostrę, moją babcię z ul.Grójeckiej i rodzeństwo mojej mamy) oraz jej starszą siostrę z dwojgiem młodszych dzieci.
W niemieckim obozie siostra mojej babci została zamordowana, na jej 19. letniej córce przeprowadzano eksperymenty medyczne, a 17. letni syn pracował przez kilka miesięcy w kopalni bez wyjeżdżania na powierzchnię. 4 września obaj bracia mojego taty również zostali zatrzymani w łapance i wywiezieni na roboty do Niemiec.
Moi rodzice i inni mieszkańcy domu przy pl. Kazimierza ukrywali się w piwnicy, dokąd znieśli rzeczy niezbędne do przeżycia.
5 sierpnia w ich dom trafiła bomba i wyjście z piwnicy zostało zasypane. Po kilkunastu godzinach wyjście z piwnicy odkopali Powstańcy.
6 sierpnia w Dzień Przemienienia Pańskiego wszyscy opuścili piwnice i zgromadzili się przy kapliczce na modlitwy dziękczynne. Odtąd nie mieli już dachu nad głową, ani nic do jedzenia, ale - przeżyli.
Nocą moi rodzice przedostali się na ul. Dynasy na Powiślu, gdzie było jeszcze spokojnie. Mieszkał tam teść starszej siostry mojego siostry ojca, który hodował króliki i miał zgromadzony dla nich suchy chleb. W sierpniu roku 1944 ten chleb ratował ludzi. Głównym zajęciem każdego dnia było poszukiwanie żywności. Kiedyś ojciec znalazł marcepany w pobliskiej nieczynnej fabryce Domańskiego, ale chleba już nie mieli. Niedługo potem Powiśle zostało ciężko zbombardowane.
W Powstaniu Warszawskim brał udział w randze kapitana najstarszy syn mojej prababci Józefy, któremu udało się wrócić do Warszawy po opuszczeniu twierdzy w Brześciu. Był w Powstaniu kwatermistrzem II Rejonu I Obwodu obejmującego południowo - wschodnią część Śródmieścia między ul. Marszałkowską a Wisłą.
Jego żona, pracująca w szkole w Ursusie, przeszła dwuletnie przeszkolenie wojskowe i w stopniu kaprala brała udział w Powstaniu Warszawskim. Ich 16.letnia córka była łączniczką na trasie Śródmieście - Czerniaków i za udział w Powstaniu została odznaczona Brązowym i Srebrnym Krzyżem Zasługi z Mieczami oraz Krzyżem Walecznych.
Po klęsce Powstania syn prababci Józefy został internowany w międzynarodowym „koedukacyjnym” obozie jenieckim w Sandbostel k. Hamburga. Tam również po Powstaniu znalazły się jego żona i córka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







